McKinley (6194 m n.p.m.), zwany również bardziej poprawnie Denali (odwieczna nazwa nadana górze przez Indian Atabaska, która od dłuższego czasu powraca do łask) to najwyższa góra Ameryki Północnej. Z powodu lokalizacji w niedalekiej odległości od Koła Podbiegunowego, panującego tam subpolarnego klimatu, wiejących huraganowych wiatrów, gwałtownych burz śnieżnych, temperatur spadających w lecie do -500C oraz dużej różnicy przewyższenia (baza położona jest na około 2100 m n.p.m., a szczyt ponad4000 metrów wyżej) nie jest to łatwa góra. Klasyczna droga pierwszych zdobywców West Buttress (Grzędą Zachodnią) nie jest może trudna w sensie technicznym, jednak nawet decydując się na nią, trzeba pamiętać o dobrym przygotowaniu zimowym, zabraniu odpowiedniej ilości ciepłych rzeczy i planować wyprawę z dużą rezerwą czasową - my nie doceniliśmy Denali i spóźniliśmy się na samolot powrotny.
Denali zdobyte!!! 20 czerwca 2006 r. o 22:00 szczyt był nasz. Nasza międzynarodowa polsko-brazylijsko-belgijska grupa dołączyła na Dachu Ameryki Północnej do wesołego Koreańczyka, a niedługo po nas przyszła jeszcze dwójka Polaków mieszkających w USA na stałe oraz dwóch Amerykanów. Polska tej nocy rządziła na Denali! Przez cały dzień pogoda była taka sobie - lekko prószył śnieg i co chwila zawirowania wiatru mocno ograniczały nam widoczność, jednak pod wieczór zupełnie się wypogodziło i nagrodą za naszą cierpliwość były piękne panoramiczne widoki ze szczytu oraz bajeczny zachód słońca. Czego chcieć więcej... Wiatr był bardzo słaby, mróz też niezbyt mocny, jak na Denali przynajmniej, więc spędziliśmy na szczycie chyba z godzinę i zupełnie nie chciało nam się wracać na dół. Gdyby nie to, że po zachodzie słońca zaczęło robić się coraz zimniej, pewnie byśmy tam jeszcze zostali, tak było pięknie. Jednak, mimo, że w czerwcu na Denali w ogóle nie robi się ciemno, noc można odróżnić od dnia właśnie po spadającej błyskawicznie temperaturze, która każe pozostawać w ruchu, aby nie zamarznąć. Z żalem pozostawiliśmy więc za plecami zapierającą dech w piersiach panoramę roztaczającą się we wszystkie strony ze szczytu i zeszliśmy do High Campu. Mimo, że w czasie tej wyprawy były już chwile zwątpienia i to nie raz, że tym razem nie wygramy z górą, bo ona tego nie chce, w końcu jednak udało się ją zdobyć, przysłowiowym rzutem na taśmę, ponieważ po dwóch wcześniej podejmowanych atakach szczytowych (udaremnionych przez złą pogodę), dopiero ten trzeci, który nie powinien był w ogóle się odbyć (mieliśmy tego dnia zacząć już schodzić na dół z High Campu, bo niebezpiecznie zbliżał się termin wylotu do Polski) zakończył się sukcesem. Góra ta udzieliła nam wielkiej lekcji pokory i cierpliwości - od początku do końca prześladowała nas zła pogoda, uniemożliwiająca szybkie przemieszczanie się i ciągle krzyżująca nam szyki i zmuszająca nas do modyfikacji założonego planu. Nie pozostawało nam nic innego, jak czekać: na możliwość przedostania się z Talkeetny na lodowiec, na ustanie zadymki śnieżnej, które umożliwiłoby nam wyjście z pierwszego obozu wyżej, na warunki pogodowe pozwalające ruszyć na szczyt, wreszcie na przetarcie się nieba nad Base Campem, skąd miała nas zabrać awionetka do Talkeetny. Nawet na sam koniec Denali nie oszczędziło nam złej pogody i z powodu przymusowego ponadplanowego oczekiwania na lodowcu Kahiltna, skąd już tak było blisko do cywilizacji i do powrotu do domu, musieliśmy skorzystać z życzliwości napotkanych ludzi i z ich pomocą zmienić datę wylotu do domu. Na szczęście życzliwość ludzka to to, na co zawsze można na Alasce liczyć.
Pierwsze podsumowanie? Denali to ciężki bezpardonowy przeciwnik - w konfrontacji z tą piękną górą trzeba uzbroić się w mnóstwo cierpliwości i zachować czujność - nie ma czasu na wahanie - gdy tylko zrobi się ładna pogoda umożliwiająca realizację kolejnego etapu wyprawy, trzeba ją wykorzystać, bo od tego może zależeć powodzenie całej ekspedycji. Nam się udało, mimo, że już zwątpiliśmy, czy góra zechce nas wpuścić na wierzchołek i pluliśmy sobie w brodę, że zarezerwowaliśmy sobie na nią zbyt mało czasu. Można albo liczyć na szczęście, albo planować z zapasem. Polecamy raczej tę drugą metodę ;-)
Refleksje powyprawowe Po 21 dniach nasza wyprawa na Denali zakończyła się. W górach spędziliśmy 16 dni, reszta czasu zeszła na przygotowania i na oczekiwanie na pogodę. W przypadku tej góry to właśnie pogoda okazała się najpoważniejszym przeciwnikiem. Nauczyliśmy się tam ogromnej pokory i cierpliwości. Nauczyliśmy się czekać i pozostawać przez cały czas w stanie gotowości - tempo marszu i plan wspinaczki na Denali trzeba dostosować do zmieniających się warunków. Ilekroć słyszeliśmy prognozę pogody przez radio, tylekroć okazywała się ona nietrafiona, trudno więc było cokolwiek zaplanować. Mogliśmy tylko czekać na właściwy moment i atakować, gdy było to możliwe. Nie na darmo ktoś powiedział, że Denali zdobywa się metodą oblężniczą - na tej górze walczy się niemalże o każdy metr w górę, o każdy obóz wyżej i o każdy kolejny etap pozwalający przybliżyć się do szczytu. A to, czy się ten szczyt zdobędzie zależy w bardzo dużej mierze od szczęścia i w jeszcze większej od samozaparcia - trzeba wyczekać pogodę i nie zrażać się, że nie jest idealna, a także użyć całej swojej zdolności oceny, żeby stwierdzić, czy dane warunki umożliwiają dalszy marsz. Denali to piękna góra i godny przeciwnik - nieprzewidywalny i walczący do końca, dlatego zdobycie jej daje ogromną satysfakcję, że wystarczyło cierpliwości i wytrwałości, by móc stanąć na szczycie.
Praktyczne wskazówki O czym warto pamiętać na Denali? Oczywiście o odpowiednim przygotowaniu i ciepłych ubraniach - nie raz i nie dwa na własnej skórze odczuliśmy skutki błyskawicznie zmieniającej się pogody i musieliśmy chronić się przed zmasowanym atakiem żywiołów - śniegu, wiatru i mrozu. Załamanie pogody przychodzi szybko i nie pozostawia wiele czasu do namysłu - rano może świecić piękne słońce i wędrówkę rozpoczyna się w samej bieliźnie termalnej, bo lodowiec potrafi nagrzać się jak piec, a już po 2-3 godzinach trzeba nałożyć na siebie wiele warstw ubrania, żeby nie zamarznąć, zanim nie zbuduje się schronienia. W takich warunkach dobrze jest mieć ze sobą produkty Yeti, ponieważ zapewniają odpowiednio dużo ciepła i nie krępują ruchów - można ich używać w połączeniu z innymi warstwami odzieży. Nas na wyprawie McKinley 2006 wspierały: kurtki puchowe PRO, spodnie puchowe Yeti, botki i rękawice puchowe Yeti. Korzystaliśmy także ze śpiworów puchowych firmy Yeti, model Igloo. Wszystkie te produkty doskonale się sprawdziły w surowych arktycznych warunkach i temperaturach spadających znacznie poniżej zera - w nocy w namiocie zamarzała herbata w termosie, a nam było cieplutko dzięki Yeti!
Agnieszka Kiela-Pałys 7summits.pl - Projekt Korona Ziemi
Więcej informacji: http://7summits.pl/wyprawy_mckinley.html
Galeria zdjęć: http://7summits.pl/img/galeria/mckinley/index.html
|
|
 |